niedziela, 26 czerwca 2016

Kreta + Santorini = Grecja 2016


Hej :)
Nie zginęłam, ale za to wróciłam.

Ja wiem, że było to dawno, bardzo dawno, bo jednak maj już dawno zleciał, jednak i tak pokażę Wam kolejną część naszych wojaży po świecie.

Moja M właśnie teraz włącza timer odliczający do mojej rychłej śmierci, ale obronicie mnie chyba :)

Zaczęło się od nadziei o słońcu, odpoczynku, długich morskich kąpielach, wietrze wymieszanym z solą, a skończyło się na ty, że Polska wygrywała w pojedynku pogodowym. NIE POLECAM odwiedzać greckich wysp na początku maja no chyba, że pasuje Wam wieczna przeplatanka słońca, ulew i burz z temperaturą nie przekraczającą 20*C.

Kreta śliczna, malownicza, ale troszkę zaniedbana wyspa. Chodząc pomiędzy położonymi w górach miasteczkami faktycznie można poczuć taki typowy grecki klimat, tym bardziej, że biel i niebieski to kolory dominujące. Oczywiście zapas oliwy z oliwek zabrany :)



















Okej Kochani, teraz lecimy zwiedzać tą Grecję, którą każdy z nas zna z pocztówek.



Santorini!
Malutka, perełka, na której zwiedzanie starczy 1 dzień. Mimo, że nastawiona tylko i wyłącznie na turystów, cały czas zachwyca swoimi niepowtarzalnymi widokami. Kiedyś uważane za najgorsze z najgorszych domki położone na skarpach były zamieszkiwane przez rybaków i mówiąc wprost typową biedotę. Troszkę lat minęło, czas się zmieniły, a dawne ''obrzeża'' nabrały blasku, popularności i ceny, bo jedna noc kosztuje ładną sumkę.



Czy warto? Warto. Mimo, że pogoda nie dopisała, zmarzłam na kość i tak nie żałuję. Chociażby dla tej najlepszej oliwy, ślicznych widoków i hektolitrów wspomnień.





































Dobra ja już nie zanudzam i obiecuję zrobić wam odwyk z postami z różnych wyjazdów, bo niedługo zrobi się tu blog podróżniczy :)


Pozdrawiam cieplutko
Julka.bb